Kompas

Bieszczady to nie Tatry, ale to wciąż góry!

O tym jak prawie nie zdobyliśmy Tarnicy

Z doświadczenia wiem, że realizowanie własnych zamierzeń, a przy tym realizowanie siebie, daje potężnego kopa do kolejnych działań. W mojej głowie co jakiś czas rysuje się mnóstwo pomysłów na odpoczynek w Bieszczadach. Najczęściej pojawiają się takie jak:

 

  1. Wszystko zostawić, wziąć dziewczynę, jedzenie, kilka ubrań i wyjechać w Bieszczady.
  2. Rzucić wszystko, wziąć tylko jedzenie, kilka ubrań i wyjechać w Bieszczady.
  3. Rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.
Bieszczady Tarnica

Bak do pełna i witaj przygodo!

Decyzja nie należy do najprostszych. Na szczęście poziom hormonów nie przekracza cienkiej, czerwonej linii, rozdzielającej punkty 1. oraz 2. W napływie bodźców, emocji, wzruszeń, dobrze jest odsunąć na bok wszystkie poważne problemy i zająć się tymi mniej drastycznymi. Można także stworzyć swoje własne, nowe problemy, które wysuwa się na pierwszy plan. Mimo, że brzmi to co najmniej irracjonalnie, postanowiłem wziąć na warsztat tę drugą opcję, dlatego początkowo plan zakłada jedną z moich ulubionych form transportu w Bieszczady – autostop. Rozplanowanie trasy, rezerwacja noclegów oraz podliczenie wstępnych kosztów, wszystko idzie gładko. Na przeszkodzie stoi niestety pogoda, która sugeruje bardziej komfortowe warunki jazdy – w pożyczonym samochodzie. Trudno, wrócę do tematu autostopu pod koniec kwietnia, tymczasem bak do pełna i witaj przygodo!

Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady

Ciepły polar, wygodne buty, grube skarpety, kanapki, termos z gorącym kakao, szczoteczka do zębów, kilka innych przydatnych rzeczy i voilà! Wyruszamy około 3:00 w nocy. Właściwie, jeśli chciałbym być dokładny, skoro wcześniej udało się na chwilę zasnąć, więc wyruszamy o 3:00 nad ranem. Pasy zapięte, GPS wyznacza trasę, temperatura waha się kilka stopni powyżej zera, warunki raczej dobre. Po zjechaniu z autostrady droga w końcu zaczyna zmieniać swój charakter. Z nudnej, szarej, szerokopasmowej jezdni, która dostarcza wrażeń tyle, co wchodzenie po schodach, zjeżdżamy na drogi wąskie i kręte. Nareszcie jakiś dreszczyk emocji. A to kot samobójca, a to niewidoma sarna, czy niezdecydowana staruszka. Uwielbiam te dzikie i nieprzewidywalne stworzenia.

Bieszczady

Poranne bieszczadzkie mgły

GPS obrał trasę obok ośrodka, w którym 10 lat temu pierwszy raz zasmakowałem w Bieszczadach. Wisłok Wielki, bo tak nazywa się miejscowość, przypomniał mi, z jaką ekscytacją odkrywałem południowo – wschodnie krańce Polski. Dziś nic się nie zmieniło. By umilić sobie podróż zatrzymujemy się na krótki postój przy prawosławnej cerkwi. Naszym oczom ukazuje się świątynia pod wezwaniem św. Onufrego. Jak wskazuje tabliczka, została wzniesiona około 1850 roku, a po II wojnie światowej została przemianowana na kościół rzymskokatolicki. Kilkanaście kilometrów dalej przystajemy przy cerkwi w Komańczy. Stamtąd roztacza się przyjemny widok na krajobraz bieszczadzkiego poranka. Kilka zdjęć, kilka chwil wartych zapamiętania i ruszamy dalej. 

Cerkiew w Komańczy

Zaśnieżona droga prowadząca przez bieszczadzkie serpentyny oraz wynurzające się zza pagórków połoniny skąpane w PORANNEJ MGLE (sic!), bardzo pozytywnie nastrajają na kolejne dni. Dojeżdżamy pod Tarnicę. Przynajmniej o tym informują znaki, bo wszechobecna mgła otulająca szczyty nie pozwala jednoznacznie określić, który z nich należy do najwyższych. Mimo wszystko szczerzymy zęby do świata. Nasze uśmiechnięte buźki zdają się krzyczeć: Ahh Bieszczady! Spotykamy się już trzeci raz! Jednakże warto zaznaczyć, że pierwszy raz zimą. Wtedy jeszcze nie jestem świadom, że będzie to najtrudniejsze wyjście w góry w ogóle.

Bieszczady Tarnica

Szlak na Tarnicę

Po kilkuset metrach pieszej wędrówki spotykamy pierwszych entuzjastów rzucenia wszystkiego. Zwątpili. Z powodu wczesnej pory szlaki jeszcze nie do końca są przetarte, a z powodu gęstej mgły widać właściwie wielkie nic. Ale my nie oczekujemy cudów. Wyjść, spojrzeć na tabliczkę, ucieszyć się, zejść, nic nam więcej nie potrzeba. Zresztą wiem, że pogoda nie będzie po naszej stronie.

Bieszczady Tarnica

Po wejściu do lasu idzie się już o wiele lepiej. Wiatr przyjemnie gwiżdże ponad naszymi głowami. Już nie zapadamy się po kolana co kilkanaście kroków. Spotykamy kolejnych wędrownych. Z krótkiej relacji wynika, że “sakramencko wieje i nic nie widać”. Nie kłamali. Po godzinie wędrówki docieramy do polany, z której roztacza się przepiękny widok na okoliczne połoniny. Na przykład latem. Chociaż pewnie zimą także, muszę wierzyć na słowo, bo nic nie widać. Tymczasem, z każdym kolejnym krokiem zastanawiam się, kiedy sprzed oczu zniknie ostatni punkt, na który mogę skierować wzrok, żeby nie stracić orientacji w zupełnie białej przestrzeni.

Pogoda w Bieszczadach

Poczuj to. Zimny wiatr, zasypany szlak, jakieś ślady, właściwie to były, może godzinę temu. Nie widać ciał, więc może i my przejdziemy cali. Gęsta mgła. Widoczność na kilka metrów. Biały śnieg i białe niebo. Biały świat. Coś. Coś wystaje ponad czapę śniegu. Kilka metrów przed nami. Idziemy. Barierka. Jeszcze nie błądzimy. Normalnie można się jej chwycić na wysokości pasa. Teraz co najwyżej można się o nią potknąć. Idziemy. Szalejący wiatr, przenoszący śnieg na drugą stronę szczytu zagląda prosto w twarz. Oczy można otworzyć jedynie na długość paznokcia w małym palcu u stopy. Generalnie niewiele. I trach! 

Bieszczady Tarnica

Z każdym kolejnym krokiem zapadamy się przynajmniej po kolana. Zeszliśmy ze szlaku. Śnieg zsypuje się do butów. Przeraźliwe zimno atakuje już nie tylko nasze twarze. Nawet nie ma go jak stamtąd wytrzepać. Delikatny powrót. Intuicja. Tędy! 

 

Widzę jej wzrok. Przecież nie mogę nadszarpnąć jej zaufania. A co jeśli za tym niewielkim widnokręgiem czeka już przepaść? Jeśli właśnie stąpam po zwisie śnieżnym? Przecież ta barierka była dobre kilkadziesiąt metrów temu! Zdać się na intuicję? W takim momencie? To co najmniej głupie… A może jednak unieść się męską dumą i przeć naprzód? W końcu to ja wyznaczam tor. W najgorszym wypadku ryzykuję grypę, albo odmrożenie, ewentualnie zamrożenie i worek, czarny taki, gdy mnie znajdą. Latem. 

 

Widzę jej wzrok. Ale przecież to nie są Tatry! To tylko Bieszczady. Niewielkie wzgórza, gdzieś na końcu Polski. To co, to tu nie można zginąć!? Gdy ktoś ma pecha to i cegła spadnie mu na głowę w drewnianym kościele. Tak mówią, ale przecież tu nie o pech chodzi. A o co? O zdrowy rozsądek! Poczuj to. Przeraźliwie zimny wiatr. Zasypany szlak. Już nawet nie widać ciał. Może my przejdziemy cali. Totalna mgła.

Bieszczady Tarnica

Ledwie widać krzyż na Tarnicy

Sytuacja zupełnie prawdopodobna. Gdzieś tam po drodze, różne myśli kołatają w mojej głowie. W praktyce nie wygląda to aż tak okropnie. Dochodzimy do przełęczy.  15 minut do Tarnicy. Sakramencko wieje i nic nie widać. Mijamy ostatnie barierki o które możemy się potknąć i… Jest dokładnie tak, jak przed chwilą opisywałem. Dookoła biel. Jakby ktoś rozlał mleko i powiedział płyń żeglarzu! Gdzieś tam czeka na Ciebie port! Żadnych punktów wyznaczających choćby kierunek, żadnym punktów zaczepienia, o które mogę oprzeć swoją orientację. Nasze ślady widać tylko na kilka metrów wstecz. Możemy zbaczać z drogi nawet nie mając o tym pojęcia. Zresztą, jakiej drogi? Wracamy. Tu chodzi o zdrowy rozsądek. Świadomość, że byliśmy tylko 10 minut drogi od szczytu przygnębia. Czuć niespełnienie. To jak mieć ciastko i nie zjeść ciastka. Ból. Żal. Rozpacz. Mieliśmy zdobyć jeszcze Halicz i kilka innych wzniesień. Tymczasem znów mijamy przełęcz. Po cichu. Nic nie mówimy, słychać tylko wiatr.

Bieszczady Tarnica

Drugie podejście na najwyższy szczyt Bieszczad

W oddali słychać głosy. Filip i Piotrek albo Grzesiek i Wojtek, nie ważne. Te imiona i tak zawsze ulatują z pamięci. Wygląda na to, że oni idą tam, skąd my wracamy. Właściwie, co osiem nóg to nie cztery, dlatego łączymy siły. Nadzieje na zdobycie szczytu wracają. Docieramy w miejsce naszych ostatnich śladów. Nieufne spojrzenia. Niewypowiedziane słowa. Kilka niepewnych kroków. Zaczynamy drugie podejście i tym razem udaje się znaleźć drogę. Docieramy na szczyt. Dzięki chłopaki. 

Bieszczady Tarnica

Chwila odpoczynku, bułka z kotletem, kilka zdjęć, mamy to! Nasi nieustraszeni wędrowcy poszli dalej, na Halicz, ten sam z którego zrezygnowaliśmy. My natomiast drogę powrotną pokonujemy niespiesznie. Ponownie, pośród śnieżnobiałej mgły błądzimy zapadając się po kolana. Nasze buźki mimo kiepskich warunków i wszystkich niedogodności wyglądają na zadowolone. Cel na dziś został osiągnięty, a to dobry powód do uśmiechu. Po drodze doganiają nas Wojtek i Piotrek. Zawrócili. Nawet oni sięgnęli po zdrowy rozsądek.

Bieszczady Tarnica

Bieszczady też mogą być niebezpieczne

Pewne jest, że gdyby nie spotkani ludzie, nie weszlibyśmy na szczyt. Nie bywaliśmy wcześniej w tym miejscu zimą, nie znaliśmy dokładnego przebiegu szlaku. Wystarczyłoby kilka złych kroków, żeby znaleźć się w zaspie, z której trudno się wydostać. Warto pamiętać, że w górach, nawet gdy nie są to Tatry należy uważać i zachowywać ostrożność. Góry nie uciekną, a przecież zawsze można przyjechać tu kolejny raz, przy lepszej pogodzie.

Rysy korona gór polski

Siemanko! Ja jestem Karol, a Ty właśnie odwiedzasz moje miejsce w sieci. Znajdziesz tu informacje ze świata (mojego), kilka opinii i trochę faktów, o tym gdzie bywam i co odwiedzam. Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, kliknij tutaj.

Jeśli masz chwilę, zerknij tu:

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments