Kompas

Zwiedzam Lwów w 24 godziny! - relacja

Jak spędziłem weekend majowy na Ukrainie?

Lwów w 24 godziny!

Z majówką jest tak, że nie wypada jej spędzać w domu, grillując ze znajomymi. Nie w moim przypadku. Rok temu na przykład majówkę spędziłem stopując do Chorwacji. Bo grillować można zawsze, oczywiście jeśli tylko dopisze pogoda. Zapach pieczonych kiełbas, smak upieczonego ziemniaka z ogniska, mmm… coś pięknego, ale jeszcze nie czas na takie wybryki. A wyjazd? O tak! Lwów na majówkę? Idealnie!

Lwów atrakcje

To będzie piękna majówka!

Pakowanie przebiega sprawnie. Wstępny plan zakłada spędzenie dwóch dni we Lwowie na Ukrainie. Następnym razem będę wiedzieć, że nocleg w czasie, kiedy wszyscy mają wolne warto rezerwować z wyprzedzeniem. Ale nie kilkudniowym, tylko kilkutygodniowym. Na tydzień przed wyjazdem najtańszy nocleg oscyluje w granicach 60 zł. Biorąc pod uwagę warunki cenowe na Ukrainie i doświadczenia znajomych wiadomo, że cena ta nie zwala z nóg. Szczególnie jeśli chodzi o studencki portfel. 

 

Podczas poszukiwania informacji na temat miasta, trafiam na oferty noclegu. Dzień przed majówką. Na pewno znajdę coś taniego. Yhm. A sprawdzę. Sprawdzam. Dziewiętnaście polskich złotych. Dwa ostatnie miejsca. Bierzemy bez zastanowienia. Bilety na pociąg kupione, plecaki spakowane, przewodnik przeczytany, plan wycieczki przygotowany. Ruszamy. Lwów czeka!

Pociąg się spóźnił

Na Dworcu Głównym pojawiamy się o 3:05. Uff, mamy jeszcze niecałe pół godziny. Tym razem nie musieliśmy wziąć taksówki. Ale co to? Jak to? Naszego pociągu nie ma na rozkładzie. Kraków – Przemyśl? Nic z tych rzeczy. Najbliższy na wschód przyjedzie dopiero po 5:00. Coś się nie zgadza. Może z dworca na stacji Kraków Płaszów? Faktycznie, istnieje taka informacja na bilecie. Ehh. To gdzie jest jakieś taxi?

 

Docieramy na miejsce. Do domniemanego przyjazdu pociągu pozostało kilka minut. Dobiegamy do tablicy informacyjnej i… Nie ma naszego pociągu!? Ehh PKP, że też mnie to nie dziwi. Pociąg opóźniony 40 minut. Czekamy. W międzyczasie konduktor, którego spotykamy opowiada, że pewnie opóźnienie będzie jeszcze większe. PKP. Zapowiada się piękna podróż.

Witaj Ukraino!

Około 8:00 docieramy na dworzec w Przemyślu. Rzadko kiedy dworzec kolejowy robi wrażenie. Ten robi. Jeszcze jak! Stamtąd pieszo udajemy się na dworzec PKS. Na samiutkim końcu, za kantorem znajdujemy oczekujący bus. „Za ile ma Pan odjazd?” „Jak się zapełni.” Wschód, czuję wschód. Wymieniamy pieniądze, wsiadamy, dojeżdżamy do granicy. Na miejscu zastajemy typowy, przygraniczny krajobraz. Wyroby ukraińskie, w domyśle tańsze, sprzedawane są z kilkunastoprocentowym przebiciem cenowym. Taniej kupić, drożej sprzedać i wódki też się napić. Mijamy kilkanaście babuń opatulonych w kwadratowe chusty z alkoholem w rękach. Dziękujemy. Nie tym razem.

Lwów atrakcje

Przejście w Medyce pokonujemy pieszo. Kontrola paszportowa. Formalność. Po ukraińskiej stronie podczas kontroli dostajemy po pieczątce z wybitą datą. Kolejny wpis do paszportu jest mój! Witaj Ukraino! Siema Lwów! Kilkadziesiąt metrów za przejściem granicznym wsiadamy do tradycyjnego ukraińskiego pojazdu komunikacji miejskiej i międzymiastowej. Marszrutka. Wielki żółty lub biały bus przewożący pasażerów. Płatność oczywiście przy wysiadaniu. Za kierownicą siedzi typowy Sasza w typowo wschodniej kabinie. Przynajmniej tak sobie ten wschód wyobrażałem. Wisiorki, koraliki, sukna dywanowe, ikona Matki Boskiej. Już mi się podoba!

Marszrutką do Lwowa!

Po prawie dwóch godzinach jazdy przez wertepy, pobojowiska, mniejsze i większe kawałki prostego asfaltu dojeżdżamy na miejsce. Okazały budynek i mnóstwo marszrutek zgromadzonych na ogromnym placu pozwala przypuszczać, że to dworzec główny. Nieznajomość cyrylicy nie pomaga. Dla pewności, że w drodze powrotnej wsiądziemy w dobry pojazd, który dowiezie nas do granicy, a nie na przykład do Kijowa cykamy fotkę. Jest południe. Za nie co ponad 24 godziny wracamy w to samo miejsce. Nie ma co zwlekać. Chodźmy! Lwów czeka!

Lwów atrakcje

Pomnik Bandery

Spokojnym krokiem kierujemy się w stronę centrum Lwowa. W razie niepewności, w którym kierunku pójść, pytamy starszych babuszek, oczywiście opatulonych w kwadratowe chusty. Przypadkiem trafiamy na siedmiometrowy pomnik zbrodniarza Stefana Bandery, który znajduje się na Placu Kropiwnickiego obok kościoła Św. Elżbiety. Za nim widnieje wykonany w iście sowieckim stylu łuk triumfalny, względnie przypominający szubienicę. Opinie na temat samego pomnika pozostawiam wam. Nie mniej jednak warto jeszcze raz spojrzeć na kościół, ponieważ znajduje się w najwyższym punkcie Śródmieścia, dokładnie na wododziale Wisły i Dniestru. Mówi się, że woda z każdej połaci dachu spływa do innego morza. Ot ciekawostka. Ruszamy dalej.

Opera lwowska, czy Teatr Słowackiego?

Niespodziewanie zza rogu ukazuje nam się krakowski Teatr Słowackiego! Lwowska Opera Narodowa, a w pełniejszej nazwie Lwowski Teatr Opery i Baletu. Z zewnątrz gmach mimo wszystko przypomina ten krakowski teatr. Wydaje mi się, że opera jest jednak nieco bardziej dostępna dla oglądających. Vis-a-vis frontu mamy fontannę, nie mały plac spacerowy i Prospekt Swobody z drewnianymi budkami, w których można kupić pamiątkę z Lwowa oraz inne ukraińskie wyroby. Takie małe, drewniane Sukiennice.

Mimo wszystko Kraków raczej nie kojarzy się głównie z Teatrem Słowackiego. Praga ma swój Most Karola, Budapeszt Parlament, Wiedeń Belweder, Kraków Sukiennice, a Lwów swoją Operę. Musi być w niej zatem coś wyjątkowego. Ponieważ podczas majówki we Lwowie każdy chce zobaczyć Jezioro Łabędzie lub Straszny Dwór za śmieszne pieniądze, nam już nie udaje się kupić biletu. Na pewno jednak musimy zajrzeć do środka. Ale to jutro, kiedy nie będzie żadnych występów i wnętrze jest dostępne dla zwiedzających. Kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy dalej, by eksplorować Lwów.

Kaplica, za którą warto zapłacić

Kolejny punktem przystankowym jest Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jeden z najstarszych i najpiękniejszych kościołów Lwowa. Analogia do krakowskiej świątyni nasuwa się sama. W środku znajduje się kopia obrazu Matki Bożej Łaskawej. Oryginał przechowywany jest nigdzie indziej, jak w Krakowie, na Wawelu. Następnie swoje kroki kierujemy w stronę Kaplicy Boimów, o pięknie wyrzeźbionej fasadzie. To zupełnie jakby przespacerować się do Kościoła Św. Wojciecha na krakowskim rynku.

Nie ważne. Na kopule znajduje się pomnik Chrystusa Frasobliwego. Widnieje także inskrypcja: „Ten, który tędy przechodzi, niech zastanowi się, czy jego smutki są większe niż moje”. Ponieważ nie ocenia się książki po okładce, za symboliczną opłatą wchodzimy do środka. Tam też uderza w nas bogactwo ornamentów i rzeźb. Swoją uwagę zwraca przede wszystkim iluzjonistyczne sklepienie. Warto też spojrzeć w stronę nietypowej rzeźby sceny Ostatniej Wieczerzy. Spod stołka jednego z Apostołów wyłania się postać diabła. Dlatego też biskup lwowski nie chciał poświęcić tej kaplicy. Ot ciekawostka. Ruszamy dalej.

Wystarczyło wyjść poza centrum

Podobnie jak w Krakowie, we Lwowie aż roi się tu od kościołów i wszelkich innych sakralnych budowli. Wstępujemy do kilku z nich. Utwierdzają nas tylko w przekonaniu, że pomimo różnic w stylach i zabudowie, są zupełnie do siebie podobne. Delikatnie schodzimy z utartych szlaków. O ile w centrum kamienice wołają do nas, by na moment przykuć naszą uwagę, o tyle poza nim część zabudowań wolałaby pozostać w ukryciu. Wśród tych bocznych uliczek doskonale widać jakim miastem jest Lwów. Jest biednym miastem. Odrapane fasady budynków, niszczejące ogrodzenia, tramwaje, które lata świetności mają już dawno za sobą. Kontrasty. Mnóstwo kontrastów. Pośród samochodów, z których część powinna przebywać na emeryturze w muzeum, przemykają luksusowe mercedesy i inni przedstawiciele zachodniej motoryzacji.

Żydzi we Lwowie

Aby dopełnić obrazu kontrastu, warto wspomnieć, że przed wojną Lwów, jak wiele innych polskich miast był wielokulturowy. W okresie międzywojennym był jednym z najważniejszych skupisk ludności żydowskiej na ziemiach II Rzeczypospolitej. W szczytowym momencie Lwów zamieszkiwało około 40% Żydów, w liczbie około 150 tysięcy! Dlatego też udajemy się w miejsce spalonej przez niemieckich żołnierzy synagogi żydowskiej Złota Róża, której fragmenty przetrwały do dziś. Na ścianie synagogi widnieje tablica, a obok niedawno oddany do użytku pomnik Żydów lwowskich, gdzie na kamiennych blokach znajdują się napisy w języku hebrajskim, angielskim, ukraińskim, rosyjskim, niemieckim i polskim. Poza fragmentami murów, do naszych czasów zachowała się tylko jedna synagoga.

Lwów atrakcje

Ale to miasto ma klimat!

Zataczając koło wokół lwowskiego rynku docieramy do pomnika Iwana Fedorowa, rosyjskiego drukarza, wokół którego starszyzna lwowska na tzw. pchlim targu sprzedaje najrozmaitsze starocie, od sowieckich emblematów, poprzez Mein Kampf, książki literatury ukraińskiej, ale także polskiej, aż na płytach vinylowych kończąc. Dalej zmierzamy w stronę obronną Lwowa. Mijamy jedyną zachowaną Basztę Prochową oraz Arsenały: Królewski oraz Miejski.

 

Ponieważ jest już solidne popołudnie, kierujemy swoje kroki w stronę jednego z polecanych miejsc. Niestety czas oczekiwania na danie w knajpie pod Arsenałem oscyluje w granicach godziny. Swoją drogą zapisywanie imion oczekujących na kredowej tablicy, wymazywanie obsłużonych i dopisywanie kolejnych klientów już dawno powinno odejść do lamusa. Nie ważne.

Delikatnie zgłodniali zmierzamy ciasnymi uliczkami na lwowski rynek. Delektujemy się niewątpliwym klimatem miasta. Zewsząd zdaje się słyszeć język polski. W końcu jeśli chodzi o ceny na Ukrainie, Polak we Lwowie czuje się jak Anglik w Krakowie. Ach… Znów ta analogia. Pozwalamy sobie zgubić się między kamieniczkami. Obserwujemy ludzi, architekturę, przechadzając się przez Lwów z dala od zgiełku i gwaru zatłoczonych ulic. Chłoniemy czar tego miasta.

Zjem i idę spać!

Wkraczamy na rynek. Cztery studnie rozmieszczone w czterech rogach rynku. Czterdzieści cztery kamienice reprezentujące przeróżne style architektoniczne, opowiadające o długiej historii miasta. Swoją uwagę zwraca oczywiście czarna kamienica, zbudowana z ciemnego piaskowca. Nieopodal mieści się Muzeum Historyczne, do którego oczywiście wstępujemy.

Pośrodku rynku umiejscowiony jest ratusz, wraz ze swoją sześćdziesięciometrową wieżą, z której rozpościera się widok na stare miasto. Tę atrakcję jednak, zostawiamy na jutro. Wszędzie oczywiście tłoczy się mnóstwo przyjezdnych turystów, którzy podobnie jak my, po całodniowych wojażach szukają knajpki, w której mogą najeść się do syta. Zupełnie jak na krakowskim rynku.

Lwów atrakcje

Zmęczeni udajemy się do Puzatej Haty, gdzie kosztujemy ukraińskich specjalności. Po obiadokolacji kontynuujemy nasz zwyczajny spacer ulicami Lwowa. Na jednej z fasad natrafiamy na odrapaną, ale wciąż czytelną tablicę, która przypomina o polskości tego miasta. Po dniu pełnym wrażeń docieramy do hostelu. Na miejscu potwierdzamy rezerwację. Dostajemy kluczyk do pokoju i po długim prysznicu zasypiamy, by jutro wyruszyć w dalszym ciągu eksplorować miasto i odkrywać tajemnice Lwowa.

 
Rysy korona gór polski

Siemanko! Ja jestem Karol, a Ty właśnie odwiedzasz moje miejsce w sieci. Znajdziesz tu informacje ze świata (mojego), kilka opinii i trochę faktów, o tym gdzie bywam i co odwiedzam. Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, kliknij tutaj.

Jeśli masz chwilę, zerknij tu:

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments