CAMP AMERICA! Jak to się stało, że lecę do Stanów?

        Może się wydawać, że tak po prostu postanowiłem polecieć do USA. Zapłaciłem komu trzeba i gotowe. Otóż nie do końca 😉 Cała historia zaczyna się mniej więcej rok temu, w maju 2016 roku. Mając jeszcze z tyłu głowy niezwykle udaną podróż autostopem do Chorwacji (klik), zaczynam rozglądać się za kolejnymi wyzwaniami 😀 Któregoś wieczoru przeglądając internet, natrafiam na wzmiankę o programie podróży do Stanów. Program ma bardzo proste zasady. Lecę do USA, do pracy i zarobione pieniądze przeznaczam na podróżowanie. Brzmi pięknie, prawda? Jeszcze jak! 😀

Kto mi to zorganizuje!?

       Powoli nakręcam się na cały wyjazd. Co raz więcej czytam o całym przedsięwzięciu. Okazuje się, że takie wakacyjne wyjazdy prowadzą nie tylko do Ameryki, ale także na przykład do Australii. Mega… 🙂 Pozostaję jednak przy pierwotnej opcji. Stany Zjednoczone. Kiedy cel podróży jest już obrany, pora na wybór organizacji, która mi to wszystko pomoże ogarnąć. Wybór jest spory. Organizacje różnią się przede wszystkim ceną programu, długością pobytu w USA, zarobkami i co ważne opiniami i zaufaniem uczestników.

         Decyzja nie należy do trudnych. Po przeanalizowaniu różnych czynników wybór pada na Camp America! 😀 Dlaczego? W cenie lotu w jedną stronę dostaję zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie i wizę. I oczywiście dwa bilety na loty z i do Polski 😉 Poza tym w razie, gdyby nie znaleziono dla mnie pracy, poniesione koszty są mi zwracane. Dla biednego studenta taka okazja, to jak złapać Pana Boga za nogi. Wchodzę w to! 😀

Przecież sam nie pojadę!

       Kiedy już wiem, na co jestem zdecydowany, zaczynam rozglądać się za jakimś towarzyszem podróży. W końcu pobyt po drugiej stronie globu, wśród zupełnie obcych ludzi to nie jest taka prosta sprawa. Zresztą zawsze dobrze jest mieć obok siebie kogoś, na kim można polegać. Nie tylko na odległość 😀 Pierwsze próby kończą się fiaskiem. Ta nie może, ten nie ma pieniędzy, tamten już zdziadział od ostatniej podróży. Są też tacy, którzy bardzo chętnie polecą do USA i to nawet zaraz, ale kiedy przychodzi pora konkretów, to w sumie niee, może innym razem 🙂 Klasyk 😀

       Na szczęście znajduje się też ktoś taki, kto nie tylko od samego początku wyraża chęć wyjazdu, ale też poważnie i konsekwentnie podchodzi do tematu. Natalia. Szybkie rozeznanie przynosi nadzieje na wspólny wyjazd, ale też ochładza nasze głowy. Dyrektorzy campów niechętnie przyjmują pary do pracy. Zamiast zajmować się obowiązkami, zżywać się z grupą, zajmowaliby się sobą. To w gruncie rzeczy zrozumiałe. Ponadto w aplikacji na wyjazd nie ma miejsca na zaznaczenie chęci wyjazdu z drugą osobą. Trochę szkoda, a trochę życie 😉 Decydujemy się zatem aplikować na podobne daty wylotów i przylotów. Najwyżej spotkamy się w umówionym miejscu, z którego rozpoczniemy wspólną podróż po Stanach. Do dzieła! 😀

Bałem się, że polecę bez niej!

       Największy strach towarzyszy nam w dwóch momentach. Najpierw, kiedy dostaję informację, że placement już na mnie czeka, a Natalia jeszcze o swoim nie wie 🙁 A co, jeśli jedno z nas dostanie pracę, a drugie nie? 🙁 Drugi raz atmosfera strachu wkrada się podczas wizyty w konsulacie. A co, jeśli jedno z nas dostanie wizę, a drugie nie? 🙁 Na szczęście martwimy się na zapas. Oboje dostajemy placement, oboje dostajemy wizy 😀 Poza tym mimo, że lecimy na dwa różne campy, na szczęście kończymy je w podobnym czasie. Mega! 😀

       Już niedługo wylot. Póki co, chyba nie widać po mnie, jak bardzo w środku kipię entuzjazmem na samą myśl o tym. Gdyby ktoś rok temu powiedziałby mi, że w te wakacje polecę do Stanów, to… uwierzyłbym mu 😀 Bo marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *