Ballarat! Prawie opuszczone miasto duchów! Dzień 8 cz. 1.

Dzień 8 – 27 sierpnia

Ballarat

Park Narodowy Sekwoi nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia. Dał jednak namiastkę tego, co czeka nas podczas dalszej podróży. Wszystko będzie największe, najwspanialsze, najbardziej warte zobaczenia. Tak jak sekwoje z poprzedniego wpisu. Z pierwszym określeniem nie można się nie zgodzić. W USA wszystko jest największe. Począwszy od produktów na półkach, a na atrakcjach skończywszy. Dlatego tym bardziej dziwi mnie fakt, że odpowiadając na campie, gdzie będę podróżować, Amerykanie robili wielkie oczy słysząc o moich planach. Skąd to zdziwienie – pytałem. Okazuje się, że zdecydowana większość spośród tych, z którymi rozmawiałem, nigdy nie wytknęła nosa poza swój stan, a co dopiero pytać ich, czy byli w Ballarat. Miasto duchów miało być różne od pozostałych atrakcji. Dlatego też ten wpis będzie inny, trochę dodatkowy, bez konkretnych godzin.

Artykuł ukazał się także w w listopadowym e-wydaniu magazynu BIS AGH: BIS AGH – listopad, gdzie cyklicznie na ostatnich stronach, można znaleźć moje teksty o tematyce podróżniczej.

Samochodem kieruje Iza, Monika nawiguje z pozycji pasażera, a my z Natalią słodko drzemiemy na tylnych siedzeniach. Z pomocą GPSu do Ballarat przyjeżdżamy grubo po północy. Rozbudzony, trochę zdezorientowany przecieram oczy – Jesteśmy? – pytam ze znużeniem w głosie. – Wygląda na to, że tak, chociaż do końca nie wiem. Nikogo tu nie ma – odparła moja siostra. Leniwie otwieram drzwi, spodziewając się rychłego rozpoczęcia rytuału rozkładania namiotów. – Patrzcie w niebo! – Zaniemówiłem.

 

 

W życiu nie widziałem tak wielu, tak jasnych i położonych tak daleko gwiazd. Znajdujemy się co najmniej kilkaset kilometrów od najbliższej miejscowości. Światła miasta nie przygaszają mroku. Mrok trwa, a ponad nim trwają kuliste obłoki. Droga mleczna rozlała się po całym niebie. To nie jest to ledwie widoczna smuga. W tym miejscu przeistoczyła się w ogromną chmurę gwiazd połyskujących żwawo. Nie wiem, czy dojechaliśmy na miejsce, czy dokładnie w tym miejscu znajduje się camping, na który zmierzaliśmy. Teraz jest to nieistotne. Istotne są gwiazdy i ich cała plejada ponad nami. Szkoda, że mój aparat nie może tego uchwycić w sposób, w jaki ja to widzę. Zaniemówiłem.

 

Ballarat

 

Postanawiamy nie rozkładać namiotów, ze względu na niepewność naszego położenia. Dodatkowo będąc na pustkowiu, nie mamy pewności, czy w pobliżu nie znajduje się niebezpieczne zwierzę. Filmy o grzechotnikach zajmujących opuszczone kopalnie złota, które właściwie powinny znajdować się niedaleko miasteczka z czasów gorączki złota zrobiły swoje. Zresztą jest już późno i nam się po prostu nie chce. Przecież za kilka godzin pobudka. Dziś prześpimy się w samochodzie.

 

Ballarat

 

Słyszałeś tę historię? W Las Vegas miał miejsce black out i całe miasto na kilka godzin zostało odcięte od prądu. Błyskające neony i rozświetlone ulice w momencie zgasły, zamarły, ucichły. Nad głowami Amerykanów pojawiło się coś, czego nigdy wcześniej nie widzieli. Rozdzwoniły się telefony alarmowe. Tylu jednoczesnych połączeń na 911 jeszcze nigdy nie było. Ludzie informowali o dziwnej chmurze nad miastem. Atak nuklearny? Broń chemiczna? III wojna światowa? Nic z tych rzecz, uspokajali dyspozytorzy. W mieście pierwszy raz od dawien dawna zaobserwowano nic innego, jak drogę mleczną.

Zaniemówiłem. W mojej głowie nadal trwa szok poznawczy. Coś niezwykłego. Niebywałe. Kosmos. Dosłownie i w przenośni. Internetowe zdjęcia drogi mlecznej podkręcone czasem naświetlania, zwykle są aż przesadzone. Tutaj nie ma jak podkręcić. Są moje oczy, przestrzeń, brak dodatkowych źródeł światła i są one. Gwiazdy. Miliony gwiazd.

 

Ballarat

 

Poranek na pustkowiu, kilkaset metrów od Ballarat wita nas chłodnym powietrzem. Promienie słońca leniwie przeciskają się ponad szczytami gór. Nocny spektakl jest już tylko wspomnieniem. Czas na śniadanie. Rozsiadamy się wygodnie na jedynej ławeczce przykrytej prowizoryczną wiatą. Stała dieta, która będzie nam towarzyszyć przez następne dwa tygodnie: owsianka zalewana wodą z czterogalonowego, plastikowego pojemnika, owoce, przede wszystkim banany, kanapki z dżemem i masłem orzechowym.

 

 

Ballarat USA Dolina Śmierci

 

W dali z pustynnego krajobrazu nieśmiało spogląda na nas cel naszego przyjazdu tutaj – Ballarat. Miasteczko opuszczone przed laty po erze gorączki złota. Ponure miasteczko z budynkami, których okna już dawno zostały zabite deskami. Gdzieniegdzie widać wraki porzuconych samochodów, wyeksploatowane maszyny i kilka przyczep campingowych. Może jednak to miejsce nie do końca jest niezamieszkane?

 

Ballarat USA Dolina Śmierci

 

Zanim słońce sprawi, że wychodzenie poza klimatyzowany samochód będzie ostatnią rzeczą jaką będziemy chcieli, dojeżdżamy do zabudowań Ballarat. Z bliska dostrzegamy budynek na kształt sklepu, który wygląda na prowadzony co najmniej od czasu do czasu. Nad drzwiami widnieje kilka napisów, między innymi: Ballarat Trading Post oraz Nude Dancing. Next Show: 9:00 AM. Już mi się podoba. Rozglądamy się po okolicy, przechadzając się tu i ówdzie. Wtem oprócz naszych kroków słychać inne, bardziej doniosłe, ale spokojne. Dźwięk skrzypiącej podłogi niesie się po pustkowiu. Naszym oczom ukazuje się mężczyzna w średnim wieku, w krótkich, limonkowych spodenkach i białej koszulce z napisami. Zagadujemy. Po krótkiej rozmowie zostajemy zaproszeni do środka. Zakurzone rupiecie,  puszki z farb, lodówka oklejona zdjęciami z minionej epoki, kilka amerykańskich flag, tablica rejestracyjna, czaszki kilku zwierząt zawieszone na gwoździu, gniazdko elektryczne. Zatem istnieje prawdopodobieństwo, że lodówka działa i ma się dobrze.’

 

Ballarat USA Dolina Śmierci

Ballarat

 

Niestety gospodarz nie jest zbyt rozmowny i raczej zdawkowo odpowiada na pytania. Mówi, że mieszka tu bardzo długo i żyje z tego, co zostawią mu turyści. Raz w tygodniu jedzie do najbliższego sklepu i zaopatruje się w jedzenie oraz wodę. Poza nim nikt tu nie mieszka, ale jemu to nie przeszkadza. Lubi samotność. Zawsze mam dystans do takich ludzi. Mimo, że też lubię zamknąć się sam ze sobą na parę chwil, to życie na odludziu jest dosyć ekstremalne. Co musiało się wydarzyć, że dorosły facet, zresztą niedługo siwiejący, zostawia wszystko i ucieka mieszkać w takie miejsce? Ciekawe. Zostawiamy kilka dolarów i idziemy pospacerować jeszcze po okolicy. To ważne, że za zgodą, bo w niektórych Stanach w USA, można delikatnie mówiąc zostać wyproszonym z terenu prywatnego za pomocą dubeltówki. Nie dowiedziałem się przed przyjazdem jakie prawo obowiązuje tutaj w Ballarat. Jednakże mamy zgodę, odkrywamy dalej.

Ballarat USA Dolina Śmierci

 

Za owym budynkiem znajduje się kilka wspomnianych wcześniej przyczep campingowych i kilka samochodów, których wcześniej nie było widać. Właściwie to większość z nich nie wygląda na zdezelowane gruchoty, które zaraz mają się rozpaść. Kilka z nich rzeczywiście stoi tu już bardzo długo i nie nadaje się do jazdy, ale niektóre wyglądają jakby ktoś po prostu je tu zaparkował i poszedł na przechadzkę. Bardzo długą przechadzkę. Na przykład taką, z której jeszcze nie wrócił. Właściwie to nie wiadomo, czy wróci. Pewnie nie. Może to efekt przegrzanego silnika, który w pięćdziesięcio stopniowym upale wydał swój ostatni dźwięk i nie opłacało się go już holować do najbliższej stacji diagnostycznej kilkadziesiąt kilometrów od Ballarat? Może doszło do awarii chłodnicy i wszystkie samochody spotkał podobny los? Może właściciele śpią jeszcze w swoich przyczepach campingowych? Jeśli tak, dlaczego ten człowiek powiedział, że mieszka tutaj sam? Dla podtrzymania mitu opuszczonego miasteczka z czasów gorączki złota? Może jednak prawda jest zupełnie inna i jeśli oglądałeś horror pod wdzięcznym tytułem: „Wzgórza mają oczy” to wiesz o czym mówię? Może to samochody turystów, którzy kolejno przyjeżdżali, by zobaczyć to miejsce, a było ono ostatnim, które widzieli w swoim życiu? Nie ukrywam, że dreszcz niepokoju wkradł się do mojego umysłu. Tym bardziej, że gospodarz zniknął nam z oczu, a nie słychać, żeby właśnie przygotowywał wodę na herbatę. Nie wiem, czy na pustkowiu pija się herbatę, ale coś tu przestało grać. Może to tylko moja wyobraźnia pobudzona amerykańskimi filmami. Uwielbiam takie klimaty. Podoba mi się coraz bardziej.

 

Ballarat USA Dolina Śmierci

 

Z braku ciekawszych alternatyw szykujemy się powoli do odjazdu. Chcemy dojechać do serca Doliny Śmierci jeszcze przed południem, dlatego trzeba już ruszać. Rzucamy kilkoma okrzykami na do widzenia. Nikt nie odpowiada. Dziwnie tutaj. Przejeżdżamy kilkadziesiąt, może kilkaset metrów. Domek położony na skraju, a tuż przed progiem stoi krzesło i rozłożony leżak. Nad drzwiami kilka napisów. Ballarat. 1898. Motel Vacant. Za zacienioną futryną stoi postać z bujną brodą, która przygląda nam się uważnie. Przejeżdżamy obok. Tamten gość mówił, że mieszka tutaj sam, co najwyraźniej nie jest prawdą. Przecież ten o wiele bardziej przypomina mieszkańca sprzed epoki, który zaszył się tutaj przed laty. Tamten człowiek przy nim był można by powiedzieć, że nawet schludny. Dziwnie tutaj. Odjeżdżamy.

 

Ballarat USA Dolina Śmierci

 

Wyjeżdżając z Ballarat mamy w głowach więcej pytań niż odpowiedzi. Może w tych przyczepach rzeczywiście pomieszkują ludzie? Tego już się nie dowiemy. Około kilometra za miasteczkiem natrafiamy na wyschnięte jezioro, którego dno sól pokryła aż po horyzont, tworząc wrażenie tafli lodu. Nie może obyć się bez przechadzki po solnej pustyni. Nikt poza nami nie zostawił tu swoich śladów. Może jezioro wyschło przed kilkoma dniami, może nikt nie schodzi z drogi, może po prostu mało kto tu przyjeżdża. Więcej pytań, niż odpowiedzi.

 

Ballarat USA Dolina Śmierci

2 thoughts on “Ballarat! Prawie opuszczone miasto duchów! Dzień 8 cz. 1.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *